|
|
Jak już wspomniano, w klasztorze franciszkańskim
w Pińczowie starano się prowadzić rejestr cudownych wydarzeń, które
miały mieć miejsce za przyczyną wstawiennictwa Najświętszej Maryi
Panny w Obrazie Mirowskim, do której osoby obdarowane tymi łaskami
zanosiły swe gorące prośby i modlitwy. Równocześnie na podstawie
zeznań samych zainteresowanych, poświadczanych przez przełożonego
klasztoru i kronikarza, spisywano dary dziękczynne, wota składane na ołtarzu
Maryi. Ostatnio, tj. w r. 1987, o. Albin Sroka zredagował na podstawie
istniejących kronik i rejestrów "Księgę cudów i łask"
obejmującą okres od r. 1687 do r. 1962, a więc odnotowującą
otrzymane łaski i rodzaj składanych ofiar na przestrzeni ponad trzystu
lat, Księga ta uwzględnia przypadki roztoczenia opieki nad wiernymi
przez Panią Mirowską w liczbie piętnastu w ostatnich latach XVII w.,
czterdziestu trzech w ciągu w. XVIII ( z przerwą wynikłą z braku
danych za lata 1708-1733), dwudziestu czterech w w. XIX i jedenastu w
naszym stuleciu.
W śród łask doznanych w wyniku modłów zanoszonych
do Matki Bożej Pińczowskiej wymieniane są ocalenie od zarazy, cudowne
wybawienie od nadciągającej śmierci, wyleczenie chorób nóg i oczu,
szczególna opieka nad rodziną i na-d dobytkiem, otrzymanie łaski sił
psychicznych i wyleczenie z nałogów oraz grzesznych skłonności.
Czasem stwierdzenia zainteresowanych bywały bardzo powściągliwe i
sprowadzały się do oświadczenia o wysłuchaniu modlitw i próśb, o
otrzymaniu wielorakich łask i wybawieniu z wielkich nieszczęść.
Ciekawym pozostaje fakt, że na przestrzeni wieków samo Sanktuarium
wielokrotnie zaatakowane zostało groźnymi pożarami, a to w latach
1738, 1758, 1797, 1815, 1847. W tych dramatycznych chwilach ludność i
zakonnicy, walcząc z rozszalałym żywiołem, natychmiast równolegle
rozpoczynali żarliwe modły z prośbą o ratunek, kierowane do Matki Bożej
Mirowskiej. Wychodzono także procesjonalnie z Najświętszym
Sakramentem na zewnątrz zagrożonej świątyni, błogosławiąc Nim płomienie.
Ogień wkrótce przygasał, nie czyniąc w ostatecznym rozrachunku większych
szkód w kościele i klasztorze. Szczęśliwy finał tragicznych tych
zdarzeń niezmiennie przypisywano szczególnej opiece i wstawiennictwu
Maryi.
W ogromnej liczbie darów dziękczynnych przynoszonych
do Sanktuarium za otrzymane łaski odnotowywano m. in. datki pieniężne
z przeznaczeniem na remont kościoła, ołtarza, na zakup przedmiotów
liturgicznych i bielizny ołtarzowej. Wota składane przed Cudownym Ołtarzem
najczęściej były w postaci przedmiotów srebrnych, czasem pozłacanych
w rodzaju tabliczek, łańcuszków, serc, obrączek. Pojawiały się też
sznury pereł i korali, kandelabry i lampy, monstrancja, ornaty,
bielizna ołtarzowa, zasłony na Obraz z drogocennych tkanin, często
wyrabiane własnoręcznie przez kobiety chcące w ten sposób wyrazić
swą wdzięczność, welony, sukienka posrebrzana, klęczniki dla
wiernych, świece woskowe.
Wybrane przykłady cudownej interwencji Pani Mirowskiej
1733
Pewna niewiasta zeznała, że za wstawiennictwem Matki
Bożej Mirowskiej została uratowana z wodnej topieli. Gdy bowiem tonęła
w rzece Nidzie i pomoc ludzka okazała się daremna, gwałtownie jęła
wzywać Matkę Bożą, aby dopomogła jej w tym krytycznym położeniu.
W chwilę później wydało się jej, że widzi podobiznę Cudownego
Obrazu Pińczowskiej Maryi, która wskazywała jej miejsce płytsze na
wodzie. Idąc tedy we wskazanym kierunku, ocalała szczęśliwie.
Zeznanie podpisali: o. Ludwik Jaskulski - profesor teologii, o. Marian
Wierzbicki, oraz gwardian o. Teofil Widawski.
1733
Zatroskana matka przyniosła do kościoła dziecko i
przed ołtarzem Matki Bożej Mirowskiej powierzyła opiece tej cudownej
Lekarki jego życie i zdrowie. W kościele był wtedy wielki tłum ludzi
i kiedy w ścisku owa kobieta wychodziła, dziecko zostało uduszone.
Wtedy pośpiesznie powróciła przed Obraz i tam rzuciła ciało dziecka
na stopnie ołtarza. W rozpaczy macierzyńskiej zawołała zwrócona do
Obrazu Matki Bożej: " Weź je sobie, ponieważ zmarło. Ofiarowałam
je, aby żyło. Weź je teraz sobie". Wówczas na oczach ludu
dziecko ożyło. Powyższy fakt jako autentyczny potwierdzili zakonnicy:
o. Ludwik Jaskulski - profesor teologii, gwardian o. Teofil Widawski,
oraz brat Roch Krotochwil - mistrz tkacki i zakrystian.
1762
W grudniu śmiertelnie zachorował szlachcic
nazwiskiem Głowacki. Lekarze orzekli, że stan jego jest beznadziejny.
Felczer Reymeus zawiadomił rodzinę, radząc posłać po kapłana, aby
zaopatrzył chorego na zbliżającą się śmierć. Chory świadom, że
zanika wszelka nadzieja wyzdrowienia, w sposób szczególny z pomocą
ludzi zwrócił się z prośbą o ratunek i opiekę do Matki Najświętszej,
a zakonników reformackich prosił o odprawienie czterech Mszy świętych
przed Obrazem Maryi. Ufność jego została nagrodzona, bo wkrótce wrócił
do zdrowia. Jako wotum złożył cztery świece do ołtarza Cudotwórczyni
Mirowskiej, mówiąc: "Żyję dzięki łaskawości i miłosierdziu
Najświętszej Panny wasze} Mirowskiej". Wydarzenie spisał o. Józef
Sołtyk,. gwardian.
1764
Ignacy Kalinowski, posesor dóbr Oleśnickich,. gdy
miał udać się do Warszawy na elekcję króla. Stanisława
Poniatowskiego, zachorował tak ciężko,. że (jak opowiadał
kronikarz) "bliżej miał do Króla. wieków, niż do służby króla
doczesnego". Nie stracił jednak nadziei na wyzdrowienie. Żona
jego,. z Borzęckich Kalinowska, zamówiła Mszę św. przed ołtarzem
Matki Bożej Mirowskiej oraz ofiarowała 12 świec woskowych, wyrażając
życzenie, aby po. cztery płonęły przed Cudownym Obrazem. Prośba o
zdrowie została wysłuchana. Gdy dopalała się. ostatnia z
ofiarowanych świec, Kalinowski wstał z łóżka w tak dobrym stanie,
że mógł wyruszyć na. elekcję do Warszawy. Stało się to 15
listopada. 1764 r., a całe wydarzenie spisał o. Mateusz. Skorski.
1764
Przed Cudownym Obrazem Najświętszej Maryi Mirowskiej
każdego dnia płonęły świece, które przynosili wierni na ofiarę
lub jako dziękczynne wota. Z powodu zarazy, która panowała wśród
zwierząt domowych, ludzie cierpieli na przednówku wielką biedę. Stąd
też ofiarowywano mniej świec niż w latach poprzednich. Gwardian, o.
Wincenty Baczyński, nakazał więc młodzieńcowi pomagającemu W
zakrystii, aby przed ołtarzem zapalał tylko dwie świece. Chłopiec (a
było to w uroczystość św. Tomasza Apostoła, tj. 21 grudnia) udał
się do kościoła i gdy, zagasiwszy pierwszą świecę, podszedł z tym
samym zamiarem do drugiej, zauważył że pierwsza pali się nadal. Po
wygaszeniu drugiej ponownie podszedł do pierwszej, lecz zauważył
wtedy, iż znów pali się ta przed chwilą zgaszona. Pozostawiwszy
wszystkie cztery świece zapalone, przestraszony pobiegł do gwardiana,
by opowiedzieć mu całe zdarzenie. Przełożony przeraził się myśląc,
że cud wydarzył się z powodu jego skąpstwa, oskarżył się wobec
wspólnoty i nałożył sobie pokutę. Klęcząc przed ołtarzem Matki
Bożej, mocno skruszony odmawiał Litanię Loretańską i inne modlitwy.
A od dnia opisanego zdarzenia, które miało miejsce w obecności o.
Daniela Guszkiewicza i pomocnika w zakrystii Tomasza Piaseckiego, przed
ołtarzem paliły się codziennie cztery świece i nigdy ich nie zabrakło,
chociaż mieszkańcy miasta często odczuwali niedostatek.
1765
5 listopada Franciszka Jadowska, żona ekonoma
klasztornego, po urodzeniu bliźniąt odczuwała dotkliwy ból w
kolanie. Lekarze orzekli, że powinna poddać się operacji wycięcia
powstałej tam narośli, a wówczas powróci do zdrowia. Chora lękała
się jednak zabiegu. Ofiarowała się Matce Najświętszej i złożyła
woskowe wotum. Wkrótce potem choroba nogi ustąpiła, a uzdrowiona o własnych
siłach przyszła do kościoła, by podziękować Matce Najświętszej
za otrzymaną łaskę. Zeznanie spisał o. Mateusz Skorski.
1773
Pewien Żyd mający ponad 80 lat, biegły w naukach
biblijnych, a dawniej sprawujący urząd kaznodziei, pogrążony w śmiertelnej
chorobie widział jakby przez sen Panią o majestatycznym wyglądzie, która
mówiła mu, że jeśli pragnie wyzdrowieć, powinien udać się na
miejsce, które zwą klasztorem mirowskim. Chory sądził, że były to
majaki senne i zlekceważył je. Jednak, gdy przebudził się ponownie,
ujrzał po raz drugi tę samą wizję. Pani poleciła mu, by przyjął
chrzest. Mówiła do niego: "Dla przyjęcia chrztu udaj się do sług
moich, którzy są w klasztorze mirowskim. Zabierz wszystko ze sobą i
udaj się pod opiekę dostojnego Rumera we wsi Zagajów, i powiedz o
wszystkim, co ci się zdarzyło, byś jak najszybciej przyjął wiarę
chrześcijańską". Ponieważ inni Żydzi przekupili żołnierzy
rosyjskich i przy ich pomocy usiłowali przeszkodzić rodakowi w
wykonaniu polecenia, mówiąc, że zwariował, dlatego po krótkim
przygotowaniu ochrzcił go proboszcz jędrzejowski. Było to za gwardiaństwa
o. Ignacego Żelazowskiego. Przytoczoną relację, po przeprowadzeniu
rozmów z ochrzczonym, spisał kolejny gwardian, o Bazyli Pisarzewski.
1778
W październiku uboga niewiasta w podeszłym wieku
zeznała, że od wielu lat chorowała na nogi. Dla odzyskania zdrowia
poleciła się Matce Bożej, obiecując nawiedzić w Pińczowie Jej
Obraz słynący łaskami. I oto właśnie przybyła pieszo z domu odległego
o trzy mile, żeby złożyć podziękowanie. Oświadczyła przy tym, że
obecnie odczuwa większą siłę w nogach, niż przed chorobą.
Wydarzenie zapisał o. Michał Kist, profesor prawa kanonicznego.
1797
Wiosną tego roku, za urzędowania gwardiana Władysława
Dzierżanowskiego, w sąsiedztwie klasztoru, w pobliżu kaplicy św.
Jana Nepomucena wybuchł pożar. Gwałtowny wiatr przeniósł ogień na
kościół z domu Stanisława Jadowskiego, syndyka klasztornego, Pożar
objął swym zasięgiem prawie 10 domów katolickich oraz liczne domy żydowskie.
W tym nieszczęściu zakonnicy szybko zeszli do kościoła przed ołtarz
Matki Bożej i z całym zawierzeniem prosili Ją, aby odwróciła
nieszczęście. Odmówili Litanię Loretańską oraz inne modlitwy.
Zostali wysłuchani: ogień wkrótce przygasł, a wiatr uspokoił się.
1815
W miesiącu lipcu, przed północą, wybuchł w pobliżu
klasztoru bardzo groźny pożar. Wiatr za. chodni przeniósł ogień na
dachy zabudowań klasztornych. Ludzie, zarówno katolicy, jak i Żydzi,
zaczęli wynosić swoje rzeczy i uciekali w bezpieczne miejsce. Wielu z
nich znalazło schronienie na cmentarzu przykościelnym. Zakonnicy
zebrali się w kościele, jeden z ojców wyjął z tabernakulum puszkę
z Najświętszym Sakramentem, wyniósł ją procesjonalnie na zewnątrz
i błogosławił rozszalały ogień. Część spośród zakonników i
wiernych szła w procesji za kapłanem, druga część pozostawała w kościele
i przed odsłoniętym Obrazem Matki Bożej zanosiła gorące modły o
ocalenie. Wiara i pobożność zostały nagrodzone. Jak sądzono
powszechnie, płomienie przestały czynić szkodę dzięki opiece Maryi.
Wydarzenie opisał o. Czesław Federowicz, archiwista.
1816
Człowiek, który dotychczas uprawiał złodziejstwo,
ofiarował Matce Bożej sznur korali z prośbą, by pomogła mu wyrwać
się z tego nałogu.
1957
Pewna kobieta (nazwisko odnotowane w kronice) w 1939
r. została wdową z trojgiem dzieci, z których najstarsze liczyło 7
lat. Wkrótce wybuchła wojna - dla niej okres szczególnych niedomagań
materialnych. W swoich kłopotach szarego życia uciekała się często
do opieki Matki Bożej Mirowskiej. Aby podołać utrzymaniu dzieci,
pracowała ponad swe siły, co wpłynęło na pogorszenie jej stanu
zdrowia. Zachorowała na zapalenie płuc. Gdy w lutym 1957 r. zwróciła
się do lekarzy, dawali oni niewielką nadzieję na wyzdrowienie.
Ulitowała się Niepokalana. Dnia 5 maja 1957 r., tj. w dniu uroczystego
odnowienia ślubów narodu polskiego w parafiach, otrzymała łaskę
zdrowia.
1958
Sześćdziesięcioletnia Katarzyna z Pińczowa złożyła
gorące podziękowanie Matce Bożej Mirowskiej za uzdrowienie. W r. 1958
przestała widzieć na jedno oko. Lekarze w Krakowie stwierdzili, że na
skutek tworzącej się gangreny oko należy natychmiast usunąć.
Ponieważ chora przez całe życie czciła Matkę Bożą Mirowską,
dlatego oddała sprawę w Jej ręce. Córka zamówiła Mszę św. i
przywiozła matce do szpitala obrazek Matki Bożej Mirowskiej. Kobieta
uprosiła lekarzy, by nadal leczyli oko, nie usuwając go. Wkrótce
choroba ustąpiła, jak mówili lekarze - cudownie.
Po kilku latach choroba powtórzyła się. Lekarze w
Krakowie przynaglali, aby oko natychmiast usunąć, ale i tym razem po
modlitwach i Mszach świętych oko ocalało. Katarzyna napisała:
"Gdy pan doktor zwizytował mnie ostatni raz, odsłaniając oko,
wydał okrzyk; składając ręce, krzyczał: łaska Boska, cud, cud,
zobaczcie państwo. Panie poklękały modląc się w dziękczynieniu za
cudowne uzdrowienie". (Zeznanie podpisane nazwiskami wyleczonej i
jej córki).
1962
I września 1950 r. mężczyzna z Galowa, idąc po
torze kolejowym ze stacji Szarbków do domu, potknął się i upadł.
Nadjeżdżający pociąg zahaczył leżącego i ciągnął około 20
metrów. W wyniku wypadku uległa zmiażdżeniu stopa; druga noga została
zgnieciona w biodrze tak, że kość wystawała na zewnątrz.
Poszkodowany miał również rozbitą głowę. Lekarze w Kielcach
amputowali stopę, przeprowadzili operację biodra, ale nie rokowali
nadziei na przeżycie. Żona i dzieci, a także chory po odzyskaniu
przytomności, modlili się do Matki Bożej Mirowskiej; zostały
odprawione Msze św. Poszkodowany powrócił do zdrowia. On sam i jego
rodzina byli przekonani, że tylko dzięki wstawiennictwu Matki Bożej
Mirowskiej nastąpił powrót do zdrowia. Zeznanie pisemne sporządził
o. Apolinary Żak, przełożony klasztoru; podpisała swym nazwiskiem
matka chorego 16 stycznia 1962 r.
Do góry
|
|