|
7. Cmentarz parafialny.
Położony jest na południowym stoku wzgórza
przy ulicy Grodziskowej (dawniej Cmentarna), Księżym Sadem od
zachodu oraz Siedmioma Źródłami od wschodu. Założono go w
końcu XVIII w. po zamknięciu cmentarza przy kościele paulinów.
Jego teren otacza kamienny mur wybiegający aż na szczyt wzgórza,
gdzie spinała go, zrujnowana dziś, kapliczka – zwornik.
Cmentarz porastają gęsto stare drzewa: klony, kasztany, wiązy,
graby; jest też jesionowa aleja.
Najstarsze zachowane nagrobki pochodzą z
początku XIX w., a ich większe skupisko znajduje się na tzw.
Starym Cmentarzu, będącym obecnie lapidarium rzeźby
nagrobkowej. W tym muzeum cmentarnym są piękne, klasycystyczne
nagrobki świadczące o wysokim kunszcie kamieniarskim ich twórców.
Ustawione na postumentach obeliski i kolumny nakrywają wazony i
urny ozdobione bogatym wystrojem roślinnym: powojem, bluszczem,
liściem laurowymi i polnymi kwiatami. Nagrobki zdobią herby,
klepsydry i wierszowane napisy wykute w kamieniu. Na starych
nagrobkach rozsianych po cmentarzu spotyka się figury Matki
Boskiej, rzeźby Chrystusa, krucyfiksy i postacie świętych,
patronów zmarłych. Liczne rzeźby przedstawiają aniołów z
wiankiem w ręku, opartych o strzaskaną kolumnę lub złamane
drzewo. Wiele grobowców sprzed wieku posiada
promieniste krucyfiksy żeliwne pochodzące z miejscowej
fabryczki kiedyś je produkującej.
Jak na każdym cmentarzu miejskim leżą tu
pochowani ludzie różnych profesji i różnych zasług. Ponieważ
nie jest możliwe wspomnienie o wszystkich wspomnijmy o kilku.
Wanda Katarzyna Morand (zm.1818); ponad sto osiemdziesiąt lat
temu zmarła w Pińczowie i tu została pochowana. W chwili śmierci
miała dwa lata.
Jej matką była hrabianka Emilia Łucja
Parys, zaś ojcem francuski generał napoleoński, Louis Charles
Antoine Alexis Morand. Przyszli rodzice Wandy Katarzyny poznali
się na balu wydanym przez księcia warszawskiego, Fryderyka
Augusta, w grudniu 1807 roku. Generał był trzydziestosześcioletnim
mężczyzną, ulubieńcem Napoleona z racji niepospolitych walorów
wojskowych, człowiekiem wpływowym i bardzo majętnym. Trochę
ponad piętnaście lat mająca Emilia uchodziła za jedną z
trzech największych piękności Księstwa Warszawskiego, ale
bez szans na zamęście z braku majątku. Porażonemu jej urodą
Morandowi, gdy chciał się dowiedzieć kim jest osoba, która
wywarła na nim olśniewające wrażenie, wyjaśniono lekceważąco:
"Ach ta?.. To taka sobie panna Parys...". Gdy na początku
stycznia generał oświadczył się i został przyjęty,
"wszyscy krewni i powinowaci, który owej panienki dawniej
znać nie chcieli, przybiegali do niej z objawami czułości i
przywiązania”. Po ślubie Parysówna zamieszkała w Paryżu,
a mąż walczył u boku Cesarza. Tam też urodziła "pięciu
chłopców, nie mówiąc o córkach”. Po upadku Napoleona
Morand musiał uchodzić z Francji przed terrorem Burbonów.
Azyl znalazł w ojczyźnie żony w majątku Kawenczyn k./Jędrzejowa.
Mieszkali tu w latach 1818-19 prowadząc spokojne życie
ziemian. Po ułaskawieniu generała wrócili do Francji. W
nieznanych okolicznościach ich los otarł się o Pińczów. 19
marca 1818 r. o godzinie dziewiątej wieczorem "Wanda, lat
dwa licząca, Córka J W Ludwika Morand Hrabiego, byłego Generała
Woysk Francuzkich, Dziedzica Dóbr Kawenczyn, w Powiecie Jędrzeiowskim,
i Emilii z Parysów Małżonków, umarła w Pińczowie, w domu
pod Numerem Trzysta Siedemdziesiąt Cztery". Dziecięcy
nagrobek z epitafium w języku francuskim przetrwał do dzisiaj.
W pobliżu zachodniego skraju lapidarium, tuż
przy kończącej się alejce, znajduje się grób z kamiennym
nagrobkiem. Jest to miejsce wiecznego spoczynku Bronisława
Grabowskiego, zmarłego w 1900 r. w ostatnim tygodniu XIX w.,
jedynego pochowanego na tym cmentarzu, którego nazwisko znaleźć
można w każdej encyklopedii powszechnej. Był historykiem i tłumaczem
literatur słowiańskich, literatem i etnografem. Po studiach językowych
wykładał filologię klasyczną w jednym z gimnazjów w
Warszawie. W tym też czasie odbywał częste podróże do
Pragi, Zagrzebia i Lublany, wszędzie nawiązując liczne przyjacielskie
stosunki ze światem literackim i naukowym, stale wzmacniane
obfitą korespondencją. Za używanie języka polskiego w szkole
w rozmowach z uczniami przeniesiono go dyscyplinarnie do Częstochowy.
Tam, będąc w trudnym położeniu materialnym, nie skorzystał
jednak z dwukrotnie ponawianej propozycji objęcia katedry
uniwersyteckiej w Zagrzebiu, uważając, że w czasach tak
trudnych dla narodu jego miejsce jest w ojczyęnie. W roku 1897
zagrożono mu przedwczesną emeryturą za działalność i
publicystykę antycarską. W roku następnym, za czynny udział
w obchodach setnej rocznicy urodzin Mickiewicza i w odsłonięciu
pomnika poety w Warszawie, został niezwłocznie przeniesiony na
jeszcze głuchszą prowincję, do progimnazjum w Pińczowie. Ta
decyzja władz wpłynęła na pogorszenie się stanu jego
zdrowia. Jednakże pracę swoją wykonywał sumiennie. Nie
zaniedbał też obowiązków patriotycznych i współpracował w
Pińczowie z grupą niepodległościowej młodzieży działającej
pod przewodnictwem Kopczyńskiego, urzędnika rosyjskiej akcyzy.
W listopadzie 1900 r .uległ atakowi apopleksji i utracił
przytomność, którą odtąd rzadko odzyskiwał. Zmarł w
Wigilię. Zwłoki jego były wystawione na widok publiczny przez
cztery dni, a następnie odbył się uroczysty pogrzeb, który
stał się wielką manifestacją uczniów zmarłego oraz jego
przyjaciół z Czech i Chorwacji. Wzięła w nim udział
delegacja czeska, a inne kraje słowiańskie wyraziły żal z
powodu zgonu Grabowskiego. Zostawił po sobie bogaty dorobek
literacko-naukowy i publicystyczny.
Pomnik stojący na mogile Grabowskiego wystawiła nieznana osoba. W roku
1925 został odnowiony staraniem uczniów miejscowego gimnazjum
i oni też się nim opiekowali. Dzisiaj opuszczony grób
uczonego robi swym widokiem smutne wrażenie, chociaż zasługuje
on przecież na lepszą pamięć.
Poniżej lapidarium stoi na grobie lekko pochylony pomnik z kamiennym
krzyżem. Grób jest już rozmyty, latem porasta go gęsto
dzikie wino. Pochowana jest tu Karolina z Hatlanków Machajska
(zm.1904), matka Jana Wacława Machajskiego (1866-1926), działacza
polskiego i rosyjskiego ruchu robotniczego, publicysty
politycznego. Jest on jedynym wychowankiem pińczowskiej szkoły
średniej, który zrobił karierę międzynarodową, i którego
poglądy społeczne są do dzisiaj przedmiotem żywego
zainteresowania nauki zachodnioeuropejskiej oraz amerykańskiej.
Wdowa Machajska, matka sześciorga dzieci, prowadziła w Pińczowie
stancję uczniowską i powodziło się jej bardzo źle. To też
Jan Wacław, uczeń progimnazjum, dorabiał korepetycjami, bo był
wyjątkowo zdolny. Jego kolejną szkołą zostało gimnazjum
kieleckie, gdzie poznał Stefana Żeromskiego, z którym na całe
dziesięciolecia złączyła go prawdziwie mocna przyjaźń. W
czasie późniejszych studiów warszawskich wspólnie mieszkali,
wspólnie przymierali głodem i klepali biedę. (Mieli do
dyspozycji jedną parę kamaszy, więc gdy jeden z nich wychodził
na miasto, drugi musiał siedzieć w domu).
Machajski, duch niespokojny, tułacz i syberyjski zesłaniec, który od
lat nie był w Pińczowie, pisał z Genewy, w lutym 1904 r., do
Żeromskiego: „Nie wiem czy żyje, czy umarła moja
staruszka matka. Może pomożesz mi, może masz jakie wiadomości
w pobliżu mojego sławnego miasteczka, skąd dobrzy ludzie
zgodziliby się list, jaki bym napisał, komukolwiek z moich
krewnych doręczyć”. Machajska zmarła w grudniu.
Wacek uwieczniony został przez przyjaciela – pisarza jako Andrzej
Radek w „Syzyfowych pracach”, Zagozda w „Róży”
oraz Żłowski w „Walce z szatanem”.
Ferdynand Rawicz-Staszewski (zm.1923); był artystą-rzeźbiarzem. Na
jego grobie stoi stella pokryta płaskorzeźbami przedstawiającymi
dzwon i pędzących na koniach rycerzy oraz wierszowany utwór własny
zmarłego. W tekście epitafium jest zagadkowa informacja:
Nagrodzony najwyższą nagrodą w Paryżu.
Rawicz-Staszewski był właścicielem zakładu kamieniarsko-rzeźbiarskiego
w Częstochowie. Przed pierwszą wojną wziął udział w
konkursie rzeźby o tematyce sakralnej zorganizowanym w Paryżu.
Wykonał i wysłał tam trzy prace zrobione w kamieniu. Pomagał
mu w tym, jako pomysłodawca i wykonawca, były jego uczeń
Antoni Piekoszewski. Udział w tym konkursie zakończył się pełnym
sukcesem. Mistrz zachował się wobec ucznia lojalnie, uznając
go za współ autora artystycznego osiągnięcia.
Jednak największym samodzielnym dokonaniem artystycznym Staszewskiego był
pomnik Adama Mickiewicza, odsłonięty w Zawierciu dnia 7 lipca
1907 r.
Na starość Rawicz-Staszewski przeniósł się do Pińczowa i zamieszkał
u Antoniego Piekoszewskiego, który na Mirowie otworzył swój własny
warsztat. Tu też zmarł 9 września w wieku 56 lat.
Ksiądz Stanisław Skurczyński (zm. 1972); urodził się w 1892 r. w Pińczowie.
Po ukończeniu tutejszego progimnazjum studiował teologię w
seminarium kieleckim. Później był proboszczem w paru
miejscowościach, a najdłużej w Gnojnie k./Chmielnika, gdzie
spędził dwadzieścia dziewięć lat życia. W 1963 r. przeszedł
na emeryturę i mieszkał w charakterze rezydenta w Bogucicach,
Chełmcach i przez ostatnie miesiące życia w mieście
rodzinnym. Tu zmarł w wieku 80 lat. Przygodą jego życia była
archeologia. Wspominał po latach: "Od najmłodszych lat
miałem dziwny pociąg do włóczenia się po piaskach, na których
wiosną lub jesienią zawsze coś się znalazło... Na Górze Łysej
na północ od Pasturki na wydmie wiatr odsłonił część
cmentarzyska. Popielnice w większych i mniejszych fragmentach
zalegały w półkolu w dwóch szeregach... Znalazłem też kawałek
miecza. Ojciec mój wytłumaczył mi, że to część
"szabli" z czasów bitwy pod
Grochowiskami".
W latach dorosłych w porozumieniu z władzami konserwatorskimi i
muzeami, prowadził prace archeologiczne na ponad stu
stanowiskach archeologicznych w różnych miejscowościach
Kielecczyzny. Był odkrywcą wielu cennych znalezisk i znaczących
stanowisk (m.in. paru dużych cmentarzysk kultury łużyckiej).
Jego kolekcja liczyła ponad sto tysięcy zabytków. W latach
sześćdziesiątych przekazał ją Muzeum Świętokrzyskiemu w
Kielcach oraz muzeom w Szydłowie i Pińczowie.
Stanisław Skurczyński był niepospolitym księdzem, zasłużonym dla
nauki, wielkim społecznikiem, gorącym patriotą i bardzo
dobrym człowiekiem. Na nagrobku kazał sobie dopisać -
"Rodak Pińczowski".
Krzysztof Bucki (zm. 1983); zmarł w Opolu 5 lutego; śmierć zaskoczyła
go w sobotnie popołudnie, gdy wracał do domu ze swej pracowni
malarskiej. Miał 47 lat i z pewnością odszedł za wcześnie.
O jego talencie i pozycji w sztuce świadczy fakt, że w wydanym
na Zachodzie w latach siedemdziesiątych kompendium
"Malarstwo, rzeźba, architektura", będącym przeglądem
i analizą nurtów sztuki XX wieku, między kilkoma tysiącami
nazwisk artystów z całego świata, jako jeden z nielicznych
artystów spoza wielkich centrów kultury, wymieniony jest właśnie
on.
Urodził się w Pińczowie w 1936 roku. Stąd z rodziną wyjechał do Świnoujścia.
Po studiach w krakowskiej ASP posiadł w Opolu mając tu
najodpowiedniejsze warunki do pracy artystycznej.
Jego życie twórcze, i nie tylko, wypełniała fascynacja Pińczowem,
miastem dzieciństwa, które stało się miejscem jego
malarskich powrotów, tematem jego obrazów i
ideowo-artystycznej manifestacji "pińczowskości".
Zawsze był silnie związany z tym miastem, Ponidziem, wracał
tu często i chętnie. Inspiracją dla jego twórczości były
rodzinne krajobrazy, stare zaułki Mirowa, koślawe chałupy,
ludzie, a wszystko to przedstawiał na swych obrazach w
poetyckim klimacie. Wciąż wracał tu wspomnieniami,
"przenosząc swoją duszę utęsknioną" na Mirów i
na ulicę Bednarską, którą tak odmalował w swym ostatnim liście
do rodziny w Pińczowie:
"Opowiem o Bednarskiej ...w słońcu poranka może
czerwcowego...Rano. Widać jak od strony Gawrońskich dostojnie
kroczą krowy, pokazując zadki. Opędzają się od drobnych
rannych, ale już kąśliwych muszek, ogonami. Wyczłapały też
spod wrót stodoły gęsi i już stadkiem skubią świeżą
zroszoną jeszcze trawkę. A droga tych krów jakże nam znana!
Przejdą kawałek Bednarską, potem w lewo jedną z uliczek do
Buskiej, przekroczą ją i dalej w dół na Place, Placami do łaźni,
a tam w lewo i już tylko przez most...za mostem bezkres łąk
zdrowych, zielonych. Idą te krowiny popędzane przez kobiety w
kraciastych chustkach, zostawiają, po sobie w pyle drogi ciepłe,
rozpryśnięte jak kleksy w zeszycie placki...Na Bednarskiej żyli
ludzie starzy i młodzi, cale hurły dzieci goniły się od rana
do zachodu słońca. Na tej ulicy trzeszczały osie wozów, gdy
przyszły jesienne zbiory, tłukły się, koła po "kocich
łbach", koła pięknie strugane przez pana Klimentowskiego,
stukały nierówno i stękały opasane żelazem u pana Łaganowskiego
na Górnej...Taką ja widzę Bednarską, o takiej mówię i taką
chciał bym namalować jeszcze. Rozsławić to już jej nie rozsławię,
bo niby jak, skoro sam do sławy nie dorosłem, ale choć tyle
ile mogę z niej zachować, z tego majowego deszczu w naszym
rynsztoku...i tę słomkę, która w nim płynie, kręci się,
wiruje i mknie do Podolskich i dalej do Nowackich, tam się
chwilę zastanowi co robić, ale zaraz porwie ją ciepła ulewa
ku Buskiej do kraty kanału burzowego. Przepadłaś słomko!
Nida cię pochłonie, ale ja o tobie pamiętam, Słomko z ulicy
Bednarskiej".
W latach siedemdziesiątych artysta chciał podarować miastu część
swoich obrazów. Ale u "koneserów" z ówczesnej władzy
propozycja przyjęta została obojętnie, uznali, że"
obrazki nie są ładne "i do darowizny nie doszło. Na
grobowcu Krzysztofa Buckiego jest płaskorzeźba chusty św.
Weroniki oraz jego popiersie.
Wiesław Prażuch (1925-1992), wybitny fotografik, urodził się w Pińczowie
w rodzinie nauczycielskiej. Pracował jako fotoreporter w
tygodniku „Świat”, był redaktorem kwartalnika
„Fotografia”. Przez dwie kadencje prezesował Związkowi
Polskich Artystów Fotografików.
Było mu dane fotografować sławnych ludzi, m.in. Bolesława Bieruta, Władysława
Gomółkę, Maję Berezowską, Adolfa Dymszę, Nikofora, Gustawa
Holoubka, a nawet cesarza Hajle Sellasje. |